Koncepcja jest prosta - w szklanej kuli zamknięto wszystko to co niezbędne, by powstał samoregulujący się system, miniaturowy świat, prawie niezależny od tego co poza nim. Ecosphere'a zawiera: wodę (przefiltrowaną, morską), powietrze, stałe podłoże (żwirek i gorgonię, czyli takie morskie „gałązki”) i życie (krewetki, algi i różne mikroorganizmy). Wszystko w idealnie dobranych proporcjach.
Miniaturowy świat dla każdego to dzieło dr Hanson'a i dr Folsome oraz współpracowników z NASA, którzy w przerwach między podbijaniem kosmosu, wymyślają przeróżne cuda na kiju. Oczywiście Ecosphere'a została stworzona dla celów naukowych, jednak szybko zrozumiano, że może stanowić idealny przykład sztuki nowoczesnej, więc zaczęto sprzedawać „kulki pełne życia” zwykłym szaraczkom. Cena: od 99 do 499 euro - niewiele, zważywszy na to, że taki system działa kilka dobrych lat (najstarszy ma 10 lat i dalej ciągnie). No i zawsze możesz rzucić nim o ścianę, dzięki czemu poczujesz się jak młody Bóg, niszczący wszechświat - a to uczucie jest bezcenne.
W sumie, Ecosphere jest banalny w obsłudze. Jedyne co musisz mu zapewnić to 6-12 godzinny dostęp światła, czyli nawet głupie rybki w akwarium wymagają większego zachodu. Jednak z tym światłem, to też nie należy przesadzać, temperatura powinna wahać się między 15-25 stopniami Celsjusza. Zbyt wysoka zestresuje krewetki, a zbyt niska zmniejszy ich metabolizm i cały idealnie zrównoważony ecosystem diabli wezmą. System działa tak długo, dopóki żyje jego ostatnia krewetka - to jedyne prawo natury panujące w zbiorniczku.
Funkcjonowanie ecosphere'y opiera sie na stale powtarzającym się cyklu:
1. krewetki oddychając produkują dwutlenek węgla;
2. algi zużywają ten dwutlenek i za pomocą światła słonecznego produkują tlen;
3. gdy robi się ciemno, algi mają przerwę w produkcji tlenu, a krewetki i inne mikroorganizmy mogą go swobodnie zużywać, by utrzymać się przy życiu;
4. krewetki zjadają „nadprogramowe” algi i mikroorganizmy oraz wszystko to co same, chcąc nie chcąc, wyprodukują (krewetki linieją raz w roku, zjadają wszystko co zgubią, łącznie z własnymi odchodami - wiem, to zdanie, może brutalnie zmienić wasze spojrzenie na owoce morza przy następnej wizycie w sushi barze);
I tak w kółko.
Mnie osobiście, pomysł trzymania w domu zamkniętych krewetek, średnio się podoba. Wątpię, by w zbiorniczku mogło dojść do jakichś spektakularnych rewolucji, buntu krewetek, strajków przepracowanych alg, aktów dzikiego kanibalizmu. To już oglądanie pączkującego grzyba jest ciekawsze, bo ten się chociaż rozrasta przybierając różne kształty i kolory.
Nie wiem dlaczego, ale cały ten eksperyment skojarzył mi się z teledyskiem Fatboy Slim'a „Right here, right now”. Ciekawa jestem, czy może dojść w zbiorniczku do jakichś mutacji. Z pewnością znajdą sie tacy, którzy dzięki kuli, będą chcieli zabawić się w miniaturową, krewetkową wyspę dr Moreau i metodą prób i błędów, będą dążyć do stworzenia „nadkrewetek”. Ludzka fantazja bywa niebezpieczna, spodziewajmy się więc niespodziewanego.
Boję się, że również niepohamowane ambicje amerykańskich naukowców mogą pójść dalej. Kto wie, co jeszcze zechcą zamknąć w szklanej kuli. Proponuję polski rząd, choć niestety zdaję sobie sprawę, że taki ekosystem nie przetrwa nawet tych kilkudziesięciu godzin transportu, no a woda może się zagotować z nadmiaru buzujących hormonów. Jednak ryzyko w nauce jest nieuniknione, a do stracenia naprawdę niewiele.

















Gwar
Wykop
Del.icio.us
Google
Facebook











